Bieszczady kuszą pustką. To ich główna marka. Ale każdy, kto w lipcu szukał miejsca na parkingu pod Połoniną Wetlińską, wie, że ta pustka ma swoje granice. Szlaki bywają zatłoczone, a ciszę w schronisku zagłusza gwar. Gdzie więc uciec, gdy chcesz prawdziwego oddechu, a nie kolejki w kolejce do zdjęcia? O ile nie planujesz zimowej wędrówki po bezludziu, rozwiązanie jest prostsze, niż myślisz. Nie chodzi o to, by iść dalej, ale inaczej. Albo… wcale nie iść.
Pierwszy pomysł to porzucenie głównych grzbietów na rzecz dolin. Weźmy dolinę Górnego Sanu. Asfaltowa droga do Beniowej to wprawdzie magnes dla rowerzystów, ale wystarczy zejść z niej w którąkolwiek boczną ścieżynę, by świat się zmienił. Szum potoku zagłusza wszelkie inne dźwięki. Stare łemkowskie piwnice, porośnięte mchem, stoją jak zapomniane strażnice. To wędrówka innego rodzaju – nie o widoki z góry, ale o szczegóły przy ziemi: o zapach wilgotnego paprociowiska, o ślady jelenia w miękkiej ziemi. Nie potrzebujesz tu mapy turystycznej, a raczej ciekawości. Kiedy ostatnio szedłeś bez celu, po prostu tam, gdzie ładnie?
Drugi pomysł jest radykalny: zostań w miejscu. Prawdziwy odpoczynek w Bieszczadach zaczyna się wtedy, gdy przestajesz się przemieszczać. Kluczem jest baza, która nie jest tylko noclegownią, ale częścią krajobrazu. Takim miejscem jest na przykład www.haslowo.pl. To gospodarstwo agroturystyczne, które rozumie, czym jest cisza. Stoi z dala od głównych dróg, otoczone starymi sadami i łąkami. Tutaj programem dnia może być obserwowanie, jak chmury ocierają się o pobliskie wzgórza, albo czytanie książki w hamaku. Wieczorem nie słychsz szosy, tylko nieśpieszne rozmowy świerszczy. To pozwala odpocząć naprawdę, naładować baterie w sposób, jaki goniący od atrakcji do atrakcji turysta sobie nie wyobraża. Czasem największą bieszczadzką przygodą jest pozwolić, by to miejsce do ciebie przyszło.
Nie widziałem Bieszczadów, dopóki nie przestałem po nich chodzić – powiedział mi kiedyś znajomy, który spędził tydzień, malując ten sam stary szałas.
Dlaczego warto czasem odpuścić zdobywanie szczytów?
Kultura górska w Polsce jest mocno nastawiona na osiągnięcia. Zdobywamy korony, odhaczamy szlaki, zbieramy pieczątki. To fajne, ale to tylko jeden rodzaj relacji z górami. Bieszczady, ze swoją łagodną formą i ogromem przestrzeni, świetnie nadają się do innego podejścia. Tu możesz być nie zdobywcą, a gościem. Obserwatorem. Spacerowiczem. Kiedy rezygnujesz z obowiązkowego punktu widokowego, otwierasz się na mnóstwo małych, niezaplanowanych spotkań. Może to będzie kuna przemykająca przez ścieżkę? Albo jagody, które dojrzewały tuż obok, choć setki ludzi przeszły obok nich, wpatrzone w aplikację z mapą. Ten rodzaj zwolnienia leczy pośpiech, z którym często przyjeżdżamy nawet na urlop.
Co zrobić, gdy jednak potrzebujesz ruchu?
Oczywiście, nie namawiam do leżenia przez cały tydzień. Chodzi o równowagę. Zaplanuj jeden, dwa dni bardziej aktywne, a resztę potraktuj jako czas regeneracji. Na te aktywne dni wybierz trasy mniej oczywiste. Zamiast Tarnicy, wejdź na dwu-wierzchołkowy Krzemień od strony Wołosatego – tłumy są mniejsze, a zejście przez przełęcz Bukowska Berdo to czysta przyjemność. Albo obejdź Jezioro Solińskie pieszo lub rowerem – to kilkadziesiąt kilometrów, ale prawie płasko, z ciągle zmieniającymi się perspektywami na taflę wody. Po takim dniu powrót do cichej bazy, gdzie nikt nie pyta „a który szczyt dziś zdobyłeś?”, ma swoją głęboką wartość. Możesz po prostu być zmęczony, bez potrzeby opowiadania o tym.
Planując taką wycieczkę, pamiętaj o kilku rzeczach, które różnią ją od standardowego górskiego wypadu.
- Skup się na jednym, maksymalnie dwóch rejonach. Nie przeskakuj z Lutowisk do Cisnej w jeden dzień.
- Zarezerwuj noclegi z wyprzedzeniem, ale wybierz miejsce, które jest celem samym w sobie, a nie tylko przystankiem.
- Spakuj lżejszy plecak. Skoro nie gonisz po szczytach, weź lunetę do obserwacji ptaków, szkicownik, lepszy aparat do makro zdjęć albo po prostu tę grubą książkę, na którą nigdy nie masz czasu.
- Na szlak zabierz mapę, ale nie trzymaj się jej kurczowo. Boczne dróżki często prowadzą do najfajniejszych odkryć.
- Zapytaj miejscowych o ich ulubione zakątki. Często wskażą ci stare, nieużywane drogi leśne czy polany, o których nie piszą przewodniki.
- Przygotuj się na zmianę pogody, ale też na zmianę planów. Jeśli zacznie padać, a w chacie jest kominek, to może ten dzień po prostu został ci darowany?
Bieszczady w swojej istocie są powolne. Ich magia działa najlepiej, kiedy się na tę powolność zgodzisz. Może więc zamiast kolejnej listy „must-see”, Twoim głównym celem na następny wyjazd będzie… nic konkretnego. Tylko zapach siana, szum wiatru w jodłach i uczucie, że czas naprawdę zwolnił. To wcale nie jest mało.