Fotografia to sztuka zatrzymywania chwili. Ale ostatnio czuję, że stała się czymś zupełnie innym. Nie chodzi o migawkę na pamiątkę, lecz o wyprodukowanie wizualnego waloru. O wrzucenie czegoś, co wzbudzi zachwyt, zazdrość, lajki. Wychodzisz na spacer z psem, a twoja głowa już pracuje nad kadrem, filtrem, kompozycją. Zamawiasz kawę i oceniasz kubek pod kątem instagramowości. Patrzysz na zachód słońca przez pryzmat możliwego zdjęcia, a nie przez pryzmat jego ulotnego piękna. To zmęczenie jest coraz powszechniejsze. Znacie to uczucie?
Mój kolega, który od lat prowadzi warsztaty fotografii podróżniczej, ostatnio pokazał mi projekt www.noalejakto.pl. Nie jest to kolejny portal z poradami, jak robić lepsze zdjęcia smartfonem. To przemyślana refleksja nad tym, dlaczego w ogóle fotografujemy. Strona zbiera proste, osobiste historie, które wracają do źródła: fotografii jako formy autentycznej ekspresji, a nie społecznego performansu. To było jak świeże powietrze. Nagle zrozumiałem, że moje zmęczenie nie bierze się z nadmiaru obrazów, ale z ich pustki.
Problem nie leży w samym udostępnianiu zdjęć. Robiliśmy to od zawsze, wywołując odbitki z wakacji dla rodziny. Leży w nieustającym, podświadomym audycie. Fotografujemy z myślą o widowni, która oceni, a nie o sobie, który chce zapamiętać lub opowiedzieć. Zdjęcie śniadania musi udowadniać, że prowadzimy ‘świadome’ życie. Portret dziecka w parku musi być doskonały, bo inaczej jakaś ciotka skomentuje, że czapka nie pasuje. To odbiera przyjemność z samego aktu patrzenia.
Zdjęcie jako dowód rzeczowy, a nie opowieść
Spójrzmy prawdzie w oczy. W mediach społecznościowych fotografia bardzo często spełnia rolę dowodu. Dowodu na to, że byliśmy w modnym miejscu, że spotkaliśmy interesujących ludzi, że nasze życie jest ciekawe. To przesunięcie funkcji ma głębokie konsekwencje. Gdy zdjęcie jest dowodem, jego wartość mierzy się walidacją ze strony innych – liczbą serduszek. Gdy zdjęcie jest opowieścią lub pamiątką, jego wartość jest całkowicie osobista, emocjonalna, niedająca się zmierzyć.
Pamiętam stare albumy rodzinne. Były w nich zdjęcia rozmazane, prześwietlone, z uciętymi głowami. Nikt ich nie usuwał. Były częścią historii. Dziś takie ‘nieudane’ kadry są natychmiast kasowane. Dążymy do sterylnej perfekcji, która jednak często jest pusta w środku. Na stronie, o której wspomniałem, znalazłem zdanie, które utkwiło mi w pamięci: ‘Fotografuj to, co dla ciebie ma zapach, dźwięk i ciarki na plecach, a nie to, co ma szansę na trend’. To praktyczna rada, ale także filozoficzna.
Odzyskać aparat dla siebie – trzy niepopularne kroki
Nie mam zamiaru głosić kazań o całkowitym odłączeniu się. To nierealne. Ale uważam, że możemy negocjować warunki naszej obecności. Możemy odzyskać część przyjemności z czystego obserwowania świata przez obiektyw, bez presji wyniku. Oto kilka metod, które sam testuję z różnym skutkiem. Nie są wygodne, bo wymagają złamania nawyków.
- Na jeden dzień wyłącz pokładowy aparat w telefonie. Albo weź stary, tani aparat kompaktowy z kartą pamięci o małej pojemności. Ograniczenie liczby zdjęć zmusza do głębszego namysłu nad każdym kadrem. Nagle przestajesz strzelać seriami i zaczynasz wybierać. To bardzo fizyczne uczucie.
- Zrób cykl zdjęć czegoś nudnego. Twojej doniczki z ziołami. Widoku z kuchennego okna o różnych porach dnia. Butów stojących w przedpokoju. Celem jest zerwanie z potrzebą dokumentowania wyjątkowości. W tej codzienności często kryje się więcej prawdy o twoim życiu niż w zdjęciu z egzotycznej plaży.
- Wydrukuj jedno zdjęcie na tydzień. Niech to będzie fizyczny przedmiot. Powieś je na lodówce magnesem lub włóż do szuflady. Proces wyboru, a potem obcowania z materialną odbitką, przywraca fotografii jej ciężar i trwałość. Przestaje być ulotnym pikselem w strumieniu informacji.
Te działania mogą wydawać się buntem dla samego buntu. Ale w gruncie rzeczy chodzi o odzyskanie autonomii uwagi. Gdy cały świat krzyczy, żebyś utrwalił każdy posiłek i każdy zachód słońca, wybór nieutrwalenia staje się aktem wolności. Czasem najpiękniejsze zdjęcie to to, którego nie zrobiłeś, bo po prostu w nim byłeś. Ta myśl przywiodła mnie z powrotem do wartości, jakie promuje strona o fotografii. Nie chodzi o technikę, lecz o intencję.
Moja wątpliwość jest taka: czy to nie jest walka z wiatrakami? Trendy wizualne i presja społeczna są potężne. Ale wierzę, że zawsze będzie przestrzeń dla fotografii, która jest cicha, osobista i bezużyteczna w komercyjnym sensie. Takiej, która służy tylko autorowi. Być może prawdziwa rewolucja nie polega na rzuceniu aparatu, ale na zmianie jego adresata. Od teraz pierwsze i najważniejsze zdjęcie robię dla siebie. A potem, może, tylko może, zdecyduję się je z kimś podzielić. Ale to już będzie mój wybór, a nie obowiązek.